Na początek trochę aktualnych zdjęć Oli.
Ola ma ostatnimi dniami dosyć wysokie gorączki (pod 39) – prawdopodobnie związane z zębami, dlatego na razie nie ma co iść do lekarza (bo co najwyżej przepisze antybiotyk). Zbijamy paracetamolem. Zresztą, nawet obawiam się iść do lekarza bo tutaj nie ma odseparowanych dzieci zdrowych od chorych – szybciej złapie coś nowego. Po za tym Chińscy doktorzy z miejsca wysyłają na kroplówkę, żeby uzupełnić elektrolity. Są sale (wyglądają jak poczekalnie) gdzie siedzi po 40-50 osób i wszyscy mają podłączone kroplówki. Podobnie jest z dziećmi.
Jest jeszcze jedna rzecz na którą Rita zwróciła uwagę po pobycie w Polsce – u nas farmacja jest odseparowna od szpitali – tutaj lekarze (podobno) przepisują masę leków bo szpital zarabia na lekach.
Rita znalazła jakieś plastry na ból głowy – jako że nie byłem pewny co Chińczycy w tym plastrze mają i czy to nie jakaś podróbka powiedziałem że nie ma potrzeby żeby tego używać. Następnego dnia Rita powiedziała że to są Japońskie plastry – więc się trochę uspokoiłem i jej przykleiliśmy. Czy działało? Trudno powiedzieć.
Na zewnątrz bardzo gorąco i parno ale w parku (który jest przy osiedlu) da się wytrzymać.
W parku zmiany – śmietniki zostały ‚zamaskowane’ – teraz można się czuć jak w lesie.
Zakupy w Metro (takie nasze makro). Ceny niższe i większy wybór zagranicznych towarów – jest nawet polskie mleko. Drogie jak każde importowane (13.70 rmb za pół litra – ok. 6 zł) ale jest promocja przy zakupie 3 jedno gratis. Masło – 200 g – od 12 do 15 zł. Ser też jest tańszy jak się kupi więcej – przy 3 kg to 35 zł/kg. Normalnie 200g to ok 15 zł.
Są ryby i kraby (sezon się zacznie wkrótce).
Jest też krokodyl – cena jedynie jakieś 70 zł/pół kilo.
Ale nie ma to jak Chińskie jedzenie – Rita zrobiła małże, ostrygi i rybę – pychota. Można to tylko porównać z tatarem w Bielsku.
Z tym Chińskim jedzeniem to też dziwna sprawa – rozmawiałem z wieloma Chińczykami którzy byli w europie (ostatnio z sąsiadem który zorganizował prywatną wyprawę z córką, bratem i córką brata – wynajeli samochód odwiedzili Francję, Włochy, Austrie i Czechy) i wszyscy nie są zadowoleni z jedzenia. Wszystko fajnie ale jedzenie – niedobre.
I na koniec jeszcze o zakupach w Ikea. Pojechaliśmy samochodem z wózkiem w bagażniku – opowiadałem Ricie że Ikea na całym świecie jest zorganizowana tak, że z wózkiem można się łatwo poruszać – jak się okazało w Chinach to nie działa.
Poblokowane wszystko – tak, żeby nikt z wózkiem (sklepowym) nie wyjechał na zewnątrz. Wszystkie schody ruchome wewnątrz mają słupki wąsko rozstawione – tak, żeby czasem ktoś się nie przedostał z wózkiem. Przed wszystkimi schodami robiliśmy naradę jak je pokonać – najczęściej Rita brała dziecko na ręce, ja składałem wózek i przenosiłem go nad barierkami – masakra. Zastanawiam się czy nie napisać do IKEa – bo tego nie ma na człym świecie.
Chociaż trochę sami sobie winni – tutaj nie ma parkingu przy sklepie (jest malutki do zaparkowania na 15 min. ale to się nie liczy). Wcale się nie dziwię że ludzie z wózkami maszerowali do samochodów i zostawiali je w okolicy.
Zresztą, z Ikeą w Guangzhou (Kantonie) to jest dziwna historia… Ikea ma zasadę że stawia sklepy na własnych gruntach – nie wynajmują, nie dzierżawią. W Chinach ziemia jest własnością państwa – może tylko być dzierżawiona. Nie ma prywatnej własności. Ale nie wiadomo dlaczego Chińczycy ulegi Ikei i im grunty sprzedali (ale tylko w Kantonie) w innych lokalizacjach (chyba w 17 miastach) podobno (ale do końca nie wiem) Ikea dzierżawi .
Niżej trochę fotek ze sklepu – mnie zawsze rozbawia klimat tam panujący -taki domowy, z duuużą ilością domowników.







































